niedziela, 15 stycznia 2012

Duszyczka

Wchodzimy do Teatru Narodowego: hol z lustrami, szatnia, szerokie schody. Wchodzimy przez małe drzwi: ciasny korytarz, wąskie stopnie, w prawo, w lewo, w górę, w dół i jesteśmy w piwnicy z dwoma rzędami krzeseł pod niskim sufitem. Przestrzeń sceny i widowni jest niewiele większa od wagonu metra. Siadamy. Z boku pan brzdąka na kontrabasie. Na czas mrugnięcia okiem gasną światła na sygnał, że spektakl się zaczyna.
 W jednym końcu korytarza postać kobiety, a w drugim mężczyzny. Wzrok widzów kieruje się w jedną i drugą stronę, jakby śledził odbijaną piłkę. Godzinny monolog mężczyzny do samego siebie i rozmowy z kobietami z przeszłości. Aktorzy stoją tak blisko, że, aby patrzeć na ich twarze, trzeba zadzierać głowy. Płyną urywane wspomnienia, które zachowały większość ze swojej intymności, niewiele oddając teatralności. Dużo erotyzmu, wiele melancholii, trochę śmiechu i trochę rozpaczy.
Wspaniali aktorzy, wielki reżyser, cudowny niedzielny wieczór.

1 komentarz:

  1. a o krakowie o już nigdy nie napiszesz, Ty jędzo, co? :>

    OdpowiedzUsuń